Kocham moją parafię

Początki nie były łatwe. Kościół na obrzeżach blokowiska. Dla osoby wychowywanej religijnie w klimatycznym barokowym wnętrzu, ociekającym złotem, bogatym w ornamenty, wypełnionym figurami świętych i pamiątkami przeszłości, współczesne budownictwo sakralne jest żałośnie ubogie. Obcy księża, obcy ludzie.

Życie sakramentalne dzieci, katecheza. Przygotowania, spotkania, dostarczanie dokumentów. Księża przestali być obcy. I my przestaliśmy być obcy dla nich. „Witam sąsiadki” zagadnął mnie kiedyś proboszcz, gdy mijałam go z dwiema córeczkami. Zgrabnie przywitał się z wszystkimi, pomyślałam, a także: Wie, gdzie mieszkamy. Drobiazg, a jednak. Cykl edukacyjny kolejnych dzieci sprawił, że poznaliśmy wszystkich wikarych. Nauczyliśmy się, kto jest od jakiej działki. Gdy „ten od dzieci” został po osiemnastu latach mianowany proboszcze w odległej wsi, niektórzy nie dowierzali. Tak wrósł w „krajobraz parafii”, że trudno było pogodzić się z jego odejściem.

Akcje. Zapraszano nas do drobnych zajęć, typu budowanie ołtarza przed uroczystością Bożego Ciała, zbierane datków do puszek „na powodzian” itp. Powodzie nawiedzają nas, jak wiadomo, okresowo, i mogłoby się wydawać, że temat nie jest już ciekawy. Tymczasem w naszej parafii pracuje ksiądz pochodzący ze wsi, w której powódź tego roku była szczególnie dotkliwa. Wszyscy mogli obejrzeć jej skutki w telewizji, my usłyszeliśmy świadectwo owego kapłana, który otrzymał zgodę biskupa, by kwoty zebranej w parafii nie odprowadzać do kurii, lecz przekazać bezpośrednio proboszczowi rodzinnej wsi. Hojność parafian była zaskakująca.

Wspólnoty. Jest ich w parafii kilka. Działa nawet domowe hospicjum, które służy materialnie, praktycznie i duchowo przewlekle i terminalnie chorym. Na co dzień życie wspónot jest dość dyskretne, mieszkając jednak w tym samym miejscu przez 20 lat zaczęliśmy dostrzegać tych ludzi, którzy stawiają się, gdy są potrzebni przy organizacji triduum, procesji, spotkań, pomocy dla ubogich i chorych. Te same osoby. Przyniosą, ustawią, sprzątną. Nie oczekują podziękowań. Któregoś dnia zauważyłam, że niektóre z nich są zaawansowane wiekiem. Kiedyś ktoś będzie musiał je zastąpić. Kto to będzie?

Parafia ma majątek. Nieruchomy i ruchomy. Niektórzy uważają, że księża mają za dużo pieniędzy. Nie wiem, ile mają. Wiem, że są także na moim utrzymaniu. Jak każdy człowiek potrzebują pożywienia, odzienia, schronienia. Służą mi sakramentami, są pośrednikami Łaski, należy im się wdzięczność, także w wymiarze materialnym.

Przede wszystkim należy im się modlitwa. Są atakowani, jak zawsze. Doświadczają niezrozumienia, osamotnienia, niesprawiedliwych zarzutów. Z lewej i z prawej flanki. Niektórzy się pogubili i odeszli. Atmosfera kiepska. Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.

I jeszcze zwyczajna życzliwość. Są ludźmi, mają nasze przywary, cechy temperamentu, nawyki, upodobania. Kapłan jest z ludu wzięty i dla ludu został ustanowiony.

Z perspektywy dwudziestu lat wiem, że zmiany są konieczne. Z żalem żegna się ulubionych wikarych, ale przecież w gdzie indziej, innym ludziom mogą być potrzebni bardziej. Parafia to wspólnota, która jest częścią Kościoła lokalnego, Kościół lokalny jest częścią powszechnego. Pan może przekierować sługi do posługiwania gdzie indziej.

Konieczna jest też współpraca. Nie z każdym współpracować łatwo, ale warto spróbować. Efekty mogą zadziwić.

Joanna

© 2020 portal.mamaroza.pl. All rights reserved.